RSS
 

Archiwum - Luty, 2017

Quis custodiet custodies?

22 lut

Druga epoka matematyki w klasie pierwszej. Liczby rzymskie. Rachujemy palce, krzyżujemy kciuki rozcapierzonych dłoni. Każdej liczbie rysujemy daszek i podłogę, a między nimi umieszczamy stosowne znaki. Jasne jest V , jasne X. Jest już nawet IV, jest IX, jest XIII. Pracy w zeszycie nad komponowaniem coraz to nowych liczb towarzyszy cichy, skupiony namysł. I nagle wyrywa się N.:
- Bo te palce, pani Alicjo…
- Taak? – zachęcam uśmiechem.
- …Bo jedynka to jeden palec, wiadomo.. siódemka to dłoń, czyli pięć, i jeszcze dwa… A… a ja tam patrzę na te palce, i… no…
- No..?
-…jak będzie zero? Zero po rzymsku?

Nie wiem, czy wiecie, ale „po rzymsku” nie ma zera. Dziesiątki, setki i wyżej zapisuje się multiplikując (dwudziestka to dwie dziesiątki, sześćsetka – pięćset i sto i tak dalej). Oj – pomyślałam. Trzeba wyjaśnić siedmiolatce nieobecność ważnej bądź co bądź (z punktu widzenia zapisu arabskiego i w ogóle pojęcia „zera” jako istoty braku) cyfry.
Opowiadam. Pokazuję. Wyjaśniam. Gimnastykuję się, pocę. Dziewczynka słucha spokojnie, po czym konkluduje.
- A ja wiem, jak się pisze zero po rzymsku.
- ?
- Oni nie wymyślili, to ja wymyśliłam. Teraz wymyśliłam.
Po czym bez żanady wychodzi z ławki, podchodzi do tablicy i kredą rysuje daszek i podłogę zostawiając pomiędzy nimi pustą przestrzeń.
- Zaro palców, pani Alicjo. To bardzo proste. Zero palców.
Chwalę pomysł. Ale nie byłabym sobą, gdybym…
- Słuchaj, a po co Rzymianom byłoby takie zero? Bo nie do zapisu liczb; pamiętasz, pokazywałam Wam: dwadzieścia to dwie dziesiątki, czyli XX, trzydzieści…
- JAK TO, PO CO ZERO?! – N. aż wstaje z krzesła. – A jak ktoś nie miał nic? Zupełnie nic? Pomyślała pani o tym?!

Nie pomyślałam. Rzymianie chyba też nie pomyśleli. A taki niby mądry był naród…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Śmierć i dziewczyna.

14 lut

Opisywane dotąd Misiaki poszły hen, w świat; od września zaś rozpoczęłam przygodę z następną klasą. Nową świecką tradycją są między innymi cotygodniowe wyprawy do parku, by przyrodniczo eksplorować jego tajemne zakamarki.
Dziś byliśmy razem z M. z klasy II, bo pani od drugasów zachorowała. Słonecznie w parku, choć mroźno, bawiły się więc Misiaki na zamarzniętych trawnikach w „Krainę lodu”. Ja dreptałam wokół z lornetką; a to oglądając ptaki, a to przysłuchując się bardziej lub mniej uważnie temu, co tam się między Nimi dzieje. Słyszę więc w pewnej chwili, jak poirytowana nie na żarty N. krzyczy do kolegi drugasa:
- No nieee, ja mam już tego serdecznie dość! Ciągle TY rozporządzasz zabawą: ustalasz role, mówisz, co ma się dziać. Ja cały czas mam być byle kim, a TY jesteś czarodziejem, królem… Samymi POSTACIAMI, a ja tylko byle kim! Nie chcę już! Nie chcę!
M. poza tym, że faktycznie lubi rozporządzać, jest też mądry. Wie, że z rozzłoszczoną koleżanką nie da się dobrze bawić. W ramach więc zadośc uczynienia nie tylko milknie na dłuższą chwilę (co jest u Niego dość niecodzienne), to jeszcze proponuje głosem pełnym miodu:
- Spokoojnie, N. To kim chcesz być? Którą postacią? Powiedz.
Zbita z tropu N. popatruje na chłopca nieufnie, po czym – niesiona resztkami złości – wykrzykuje:
- Chcę być matką!
- Jasne! – przytakuje M. i uśmiecha się promiennie. – Będziesz matką. No, to bawmy się.
N. jeszcze raz zerka nieufnie, ale po chwili i na Jej twarzy maluje się już tylko szeroki uśmiech. Udało się! I jak łatwo poszło! Rusza więc ze swego miejsca, by zacząć się bawić i wtedy słyszy, jak M. oznajmia reszcie grupy.
- …Będziesz matką, która na końcu zabawy umiera.
N. zmienia natychmiast kierunek, podbiega do M. i – zbliżając twarz do Jego twarzy – rzuca głośno:
- …Dddobrze! Ale to JA wybiorę, na co umrę!!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS